POKARM MIŁOŚCI – ALE O CO CHODZI?

utworzone przez marzec 16, 202081 Tajemnic

1. Jaka jest treść miłości? Warto się nad tym zastanowić. Jak miłość definiujesz,  sobie ją wyobrażasz, gdy wchodzisz w relację partnerską (kolejną relację partnerską…),? A jak, gdy myślisz o miłości (do) innych osób – rodziny, przyjaciół, napotkanych, nawet przypadkowych ludzi. Co chcesz i potrafisz dać, a co chcesz otrzymać? O co ci chodzi w miłości? O akceptację? Zrozumienie? Uwagę? Troskę? Dotyk? Ciepło? Namiętność? Zwierzęcy, nieokiełznany seks? Rozmowy? Milczenie? Taniec? Gotowanie? Sprzątanie? Wymianę? Wspólną pasję? Tyle mówimy o miłości, czytamy o niej, oglądamy ją na małym i dużym ekranie, niektórzy nawet piszą, ale czy potrafimy powiedzieć sami przed sobą – sobie – czym ona dla mnie jest?

2. Mądrzy rzymianie, gdy tworzyli fundamenty prawa cywilnego, stworzyli bardzo logiczną – i chyba do przyjęcia przez większość ludzi – zasadę, z której wynika, że nikt nie może przenieść na drugą osobę więcej, niż sam posiada. Nie możesz komuś dać lub sprzedać samochodu, jeśli go nie masz, nie jest twoją własnością. Ma to niezaprzeczalny sens 🙂 Nie można też uwierzyć komuś w jego słowa, jeśli samemu się nie jest czegoś pewnym, o czymś przekonanym. Nie uwierzysz w słowa „jesteś piękna”, „jesteś przystojny”, „jesteś inteligentna”, „jesteś chodzącym dobrem”, „jesteś empatyczna”, „jesteś zaradny”, jeśli nie czujesz się, przed sobą samą (samym) piękna, przystojny, inteligentna, dobry, empatyczna, zaradny. Aby uwierzyć w coś na zewnątrz, trzeba najpierw wierzyć w to w środku (wewnątrz). Być przekonanym. Cudze słowa mogą tylko na chwilę wprowadzić nas w stan dobrego samopoczucia, ale jeśli nie mamy pewności na swój temat, obce wypowiedzi szybko stracą urok i blask.

3. Jeśli nie posiadasz zrozumienia, akceptacji siebie, to żaden inny człowiek ci tego nie da. Jego dobre słowo, komplement, zadziałają tylko przez chwilę – dzień, tydzień, miesiąc, kto wie, może nawet i przez rok. Jednak po tym czasie staną się puste, ponieważ nie wierzysz w siebie. Nie można uwierzyć komuś w coś, w co się samemu nie chce wierzyć, do czego się nie ma przekonania. A jeśli nie wierzysz w siebie, to nie uwierzysz komuś innemu, kto w ciebie wierzy. I w takim momencie relacji – gdy ujawnia się, że przestajemy wierzyć w siebie, dopada nas lęk. Uwodzenie, kokieteria, czar (oczarowanie, zaczarowanie) przemija i stajemy się prawdziwi, realni, z wszystkimi – często tłumionymi – emocjami i wzorcami. Pojawia się lęk, że prawda wyjdzie na jaw, że teraz okaże się, że nie jesteśmy tak wspaniali i doskonali, jak się prezentujemy, jak się przedstawiliśmy „na starcie”. Pozory znikają, romantyczny okres przemija i przychodzi faza urealnienia. I to – w moim odczuciu – może dotyczyć każdej relacji z drugim człowiekiem (miłosnej, mistrzowskiej, przyjacielskiej), jeśli wchodzi w nią osoba, która uważa się za niekompletną. 

Każda prezentowana przeze mnie tutaj introspekcja (tekst „Ale o co chodzi”, czy też tekst z pytajnikiem „?”), to tylko moja insynuacja, dygresja, cudza (moja, jako autora) fantazja na temat tego, co koan Macieja zdaje się próbować przekazać.

I z tej choćby przyczyny interpretacja nie ma nic wspólnego ani z prawdą, ani rzeczywistością, ani tymbardziej Twoim życiem. Jesteś jedynym ekspertem w tej ostatniej dziedzinie. Ufaj zawsze i przede wszystkim sobie.

Tekst niniejszy to zaproszenie do spojrzenia na sprawę najpierw moim punktem widzenia i skłonienie Cię do własnej pracy nad koanem. A w gruncie rzeczy pracy nad samym sobą, swoim życiem, relacjami, przekonaniami i skryptami które sprawiają nieustannie, że powtarzasz schematy, żyjesz w swoistym Matrixie i czujesz (w taki lub inny sposób), że nie możesz się obudzić, wyrwać z impasu.

Moje interpretacje to tylko i wyłącznie jeden z setek, milionów, a nawet miliardów pomysłów na to jak opowieść metaforyczną Macieja zrozumieć. Masz prawo, a nawet obowiązek posiadać swoją. Jesteś kimś zupełnie innym niż ja i koany oraz ich interpretacje będą skłaniać Cię każdego dnia do zrozumienia tej oczywistej prawdy.

To dzięki pracy własnej, poszukiwaniu unikatowych, indywidualnych i „Twoich” odpowiedzi możesz dojść do sedna swojej egzystencji, prawdy o sobie. Prawdopodobnie zaczniesz żyć dokładnie tak, jak tego pragniesz.

Podejmij swoją pieśń.

4. Z cytowanej, rzymskiej zasady wynika, że nie można dać czegoś, czego się nie ma. Nie można obdarzyć miłością, jeśli nie odczuwa się jej do siebie samego. Łatwo jest powiedzieć sobie przed lustrem „kocham cię”. Jednak słowa to za mało. Je łatwo rzucać na wiatr. Postrzegam miłość do siebie jako zgodę na to, że jestem taki, jaki jestem. Nie ma w tym pychy, ani dumy. Po prostu widzę siebie – z całym dorobkiem, jasną i ciemną stroną, w świetle i cieniu – i wiem, że jestem najlepszą wersją siebie. Wówczas mam gotowość, potencjał, energię, by zmieniać siebie, stawać się bardziej szlachetnym człowiekiem. Bo lubię siebie. Nie możemy się poprawić, zmienić, udoskonalić, kroczyć szlachetną ścieżką, jeśli sami przed sobą udajemy kogoś innego niż jesteśmy w rzeczywistości, jeśli się nie lubimy. Z fałszu można stworzyć wyłącznie fałsz.

5. Zaakceptowane siebie takiego, jakim się jest, zobaczenie siebie, to warunek zmiany. Ten stan akceptacji, to moment w którym mogę sobie szczerze powiedzieć „Kocham cię, takim jakim jesteś w tej chwili”; i czuję to w każdej chwili, każdego dnia. I to nie oznacza, że już nic nie jest do zrobienia. Jednak to warunek i początek. Tak zaczyna się miłość do siebie i zdolność do zrozumienia ułomności, niedoskonałości siebie i każdego innego człowieka, którego obdarzam miłością. Gdy siebie widzę takiego jakim jestem, nie wybielam się, nie udaję, że jestem święty jak Jezus, silny jak Batman, mądry jak Lao Tzu i wesoły jak Abelard Giza, to mogę zacząć pracę nad tym, by się zmienić. Na lepsze. Bo lubię sobie zrobić jeszcze lepiej niż jest 🙂 Dla siebie pierwotnie, dla innych wtórnie. W zgodzie na siebie, zrozumieniu siebie (w miłości do siebie) jest początek zgody, zrozumienia i miłości wobec wszelkich innych istot. Bo nie dam komuś czegoś, czego sam nie mam. I w tym momencie dochodzi się do prawdy, że aby poczuć się kochanym, potrzeba tylko jednej osoby – siebie. Ciebie kochającej, kochającego siebie. Tak stajesz się pewna siebie. Wiesz kim jesteś, jaka, jaki jesteś. To nie ma nic wspólnego z zachowaniami innych ludzi.

6. W miłości do siebie rozumiesz, że każdy jest inny, ma swoje koleje losów, wzorce, przyzwyczajenia, mechanizmy funkcjonowania, wyparcia, ucieczki, światła i cienie. Pojawia się stan zrozumienia innych ludzi i drogi na której są. Nie z wszystkimi ci będzie po drodze, jednak każdego będziesz w stanie – z poziomu miłości do siebie – zrozumieć. „Tak bywam niedoskonała, rozumiem przez to ludzi niedoskonałych i nie winię ich za to, bo i siebie nie winię”. W tym stanie rozumiem, że istnieje ktoś inny, inaczej skonfigurowany niż ja, z wszystkimi złożonymi elementami jego osobowości. Jeśli w miłości chcesz dostać to, o czym sądzisz, że tego nie masz, staniesz się wampirem. Jeśli jednak jesteś w zasobności – miłości do siebie – możesz dawać, możesz być w wymianie, masz zdolność dbania o kwiat, którym miłość jest. Biorca (osoba, która czuje się niepełna) chce tylko brać. Osoba pełna, może dawać i dbać, bo ma. Bierze w wymianie, a nie, aby się napełnić. 

7. Gdy nie akceptuję siebie, to udaję, uwodzę, kokietuję, zdobywam, oczarowuję… A potem i tak cały ten puder, makijaż i lukier spływa po moim ciele, aż w końcu po podłodze. Rozpuszcza go niepewność, brak wiary w siebie, brak miłości do siebie. Pojawia się lęk, że wyjdzie prawda na mój temat, prawda o mojej niedoskonałości. Więc robię wszystko by nie wyszła, choć przeczuwam i wiem, że i tak wyjdzie. Tak oto czuję się atrakcyjny i nieatrakcyjny zarazem. Do tego pojawia się jeszcze poczucie winy, że „nie jestem taki/taka za jakiego mnie uważasz”. No i czuję się z tym po prostu źle. Partner, przyjaciel czy mistrz – bez różnicy. Jeśli budujemy z fałszu, to prawda i tak ujrzy światło dzienne. Nie można przecież udawać w nieskończoność. Ciśnienie pod pokrywką rośnie i sprawia, że czujemy napięcie oraz lęk. A w napięciu – które nie jest świadome, obserwowane, aż wreszcie uwolnione – rodzi się stan nie do zniesienia. Pojawia się potrzeba jego rozładowania, pragnienie ulgi. Ulgę daje kłótnia, porzucenie, rozstanie. I tak koło zatacza krąg. Nowy obiekt zainteresowania (który ma napełnić miłością), uwodzenie, zdobywanie, pudrowanie, zakłamywanie siebie, a w dalszej kolejności zdobycie, radość, uniesienia, aż w końcu urealnienie, roztopiony lukier, lęk przed prawdą i niechybne ujawnienie prawdy. Potem już tylko ciśnienie nie do zniesienia, wybuchy, kłótnie i – w wielu przypadkach – porzucenie. Od radości do katastrofy. Od uwodzenia i zabawy, do płaczu i rozpaczy. Od idealizacji, fantazji i snu, do urealnienia. Niekończąca się huśtawka, której przyczyną jest brak miłości do siebie.

#81. Istnieje takie przekonanie, że człowiek szuka drugiej połówki jabłka, by być napełnionym (uzupełnionym) miłością drugiej osoby. Ponoć to pochodna poszukiwania idealnej miłości – matki do dziecka w okresie prenatalnym. Jeśli jednak osoba pragnąca miłości wybiela siebie i idealizuje również partnera, to w momencie gdy dochodzi do urealnienia (gdy prawda wychodzi na jaw) okazuje się, że naczynie (czyli „ja”) zostało napełnione nieczystą wodą – osobą nie spełniającą wszystkich wymarzonych wymagań (być może niepewną, może za mało wartościową, jednak na pewno nie idealną). To często wystarczający powód, by odrzucić – przerzucić odpowiedzialność poza siebie. I to dotyczy w moim odczuciu każdego z tych szukających „napełnienia” partnerów (czy ludzi w innej relacji, niż partnerska). Tak działa prawo przyciągania. Ktoś kto się czuje niekompletny, przyciąga ludzi uważających się za niekompletnych. Dlatego zawsze warto zacząć od siebie. Zejść sobie z drogi, pogodzić się z tym jakim się jest, odnaleźć w tym radość, przytulić się do siebie. I dopiero z takiej pozycji można się spotykać, budować, wymieniać i dbać o miłość. Wszystko zaczyna się w tobie, we mnie, w nas. Ty jesteś początkiem miłości i ja nią jestem – każdy z osobna. Miłości do siebie, a potem do innych. Nie odwrotnie. Dwa jabłka, nie jedno składające się z połówek. Całość musi spotkać całość. 

 

***
Weź sobie z tego posta co chcesz. Możesz wziąć wszystko, możesz wziąć trochę, albo nie brać nic. Jeśli uważasz, że to wartościowa treść, udostępnij proszę.
Dziękuję 🙂

Każda prezentowana tu introspekcja (tekst Adama z cyklu "Ale o co chodzi", czy też tekst z pytajnikiem "?"), to tylko insynuacja, dygresja, cudza (bo autora - Adama) fantazja na temat tego, co koan zdaje się próbować przekazać. I z tej choćby przyczyny nie ma nic wspólnego ani z prawdą, ani rzeczywistością, ani tymbardziej Twoim życiem. Jesteś jedynym ekspertem w tej ostatniej dziedzinie. Ufaj zawsze i przede wszystkim sobie! 🙂

Introspekcja to zaproszenie do spojrzenia na sprawę najpierw Adama punktem widzenia i skłonienie Cię do własnej pracy nad koanem. A w gruncie rzeczy pracy nad samym sobą, swoim życiem, relacjami, przekonaniami i skryptami które sprawiają nieustannie, że powtarzasz schematy, żyjesz w swoistym Matrixie i czujesz (w taki lub inny sposób), że nie możesz się obudzić, wyrwać z impasu.

Interpretacje Adama autorstwa to tylko i wyłącznie jeden z setek, milionów, a nawet miliardów pomysłów na to jak opowieść metaforyczną Macieja zrozumieć. Masz prawo, a nawet obowiązek posiadać swoją. Jesteś kimś zupełnie innym niż Adam i koany oraz ich interpretacje będą skłaniać cię każdego dnia do zrozumienia tej oczywistej prawdy. To dzięki pracy własnej, poszukiwaniu unikatowych, indywidualnych i „Twoich” odpowiedzi możesz dojść do sedna swojej egzystencji, prawdy o sobie. Prawdopodobnie zaczniesz żyć dokładnie tak, jak tego pragniesz.

Podejmij swoją pieśń.

81 – introspekcje

Ale o co chodzi?

Zastanawiasz się być może "o co w tym koanie chodzi?"... Nie każdy koan jest oczywisty. Taka jest potęga metafory...

"Ale o co chodzi" (dawniej introspekcje) są niejako wstępem i konspektem do mojej własnej interpretacji koanu. To po prostu draft, szkic, mapa myśli, pierwsze skojarzenia, które dotyczą przeczytanego koanu. Jest to przedsmak, wyłącznie zajawka 🙂 tekstu publikowanego w książce "81 Tajemnic" .

Podobnie powstawało "81 Tajemnic". Analizowałem post Macieja na blogu bennewicz.pl, a następnie w punktach wypisywałem te spostrzeżenia na temat rzeczywistości, które w moim odczuciu koan poruszał, które chciałem opisać w interpretacji. Później te punkty rozwijałem i tak powstawały całe rozdziały złożonej interpretacji.

Dzięki temu zmieniało się wszystko - ja, moje otoczenie, postrzeganie rzeczywistości, a potem decyzje i całe życie...

"Ale o co chodzi?" (introspekcje) na 81tajemnic.pl mają odrobinę inny cel i charakter. Są one zaproszeniem do pracy własnej Czytelnika - Twojej własnej pracy 🙂 

Możesz przeczytać koan, później introspekcję i podjąć decyzję, czy chcesz dokonać samodzielnej interpretacji. Obok znajduje się moja wstępna, szkicowa interpretacja, niejako zapowiedź i "kuchnia" tego, jak budowałem pełne interpretacje w "81 Tajemnic". 

Oczywiście interpretacje w 81 Tajemnic są dużo obszerniejsze niż skrótowa forma ... 

Zobacz przykładowy rozdział - koan i interpretację, aby rozpocząć własną pracę z tekstem: 

 

Pokarm miłości – koan dla Anety R.

– Czy miłość potrzebuje pokarmu? Czy wystarczy pokochać i już wszystko zadzieje się samo, naturalnie, zwyczajnie? – Spytała. – Czy prawdziwa miłość nie zna granic i nie wygasa nigdy, czy też jak wszystko jest ulotna i przejściowa? W różnych wierszach, piosenkach, powieściach pojawia się tyle stwierdzeń na temat miłości, niektóre sprzeczne.

Pierwsza miłość jest najważniejsza, tylko pierwsza miłość jest prawdziwa, każda miłość jest pierwsza, ostatnia miłość jest najmocniejsza, musimy być już dość starzy i zmęczeni by pozostać wierni ostatniej miłości, każda miłość jest nową nadzieją. Czy miłość trzeba wciąż odnawiać, sprzątać w niej jak w mieszkaniu? Czy istnieje druga szansa dla miłości? Czy w takim razie warto szukać miłości idealnej, partnera kompletnego, wspaniałego, czy to tylko iluzja, która wygaśnie razem z miłością?

– Milczysz? Powiedz co sądzisz na ten temat? Wiem co odpowiesz, że miłość wymaga pokarmu, że trzeba ją nieustannie zasilać i odnawiać, że inaczej uschnie. Wiem, znam cię. Powiesz, jak w piosence, że miłość to czuły kwiat, możesz go zranić jednym wrednym słowem. Nie patrz tak na mnie. Doskonale znam pojęcie borderline. Wiem co to znaczy kochać i nienawidzić jednocześnie. Ten lęk, że kiedy jest cudownie, to za chwilę wszystko się popsuje. On, czy ona po prostu rozpoznają twoje słabości i cię odrzucą, wyszydzą, zostawią. A potem jest poczucie winy, że skopałaś taki cudowny związek, że ranisz wspaniałą osobę, na którą nie zasługujesz.

Jest jeszcze zabijanie mistrzów, zabijanie szacunku do nich, również z lęku, z niepewności. Ta straszna, neurotyczna franca, która sprawia, że stajesz się przewrażliwiona na swoim punkcie, że wszystko bierzesz do siebie.

Mistrz albo nauczycielka przecież przejrzą ciebie na wskroś, myślisz, dostrzegą w jednej sekundzie wszystkie twoje deficyty i podadzą ci na talerzu, podetkną pod nos, to co tak skrzętnie skrywasz. Zatem bronisz się, choć nie jesteś atakowana, że niby nie jesteś taka głupia. Atakujesz i tracisz – miłość, nauczycielkę, przyjaciół, kolejny związek. Zostajesz sama, z lęku. Wybierasz lęk niż porzucenie i rozczarowanie. Żeby się nie bać zawsze atakujesz swoją miłość, przyjaźń, w końcu odrzucasz troskę. Ale to fałszywy wybór. Miłość, przyjaźń, troską – nie są zagrożeniem lecz twój lęk, który je niszczy. Jesteś jak wirus!

Już miała uderzyć odbicie w lustrze. Już miła odejść od lustra stłumiwszy emocje ale spojrzała raz jeszcze. I raz jeszcze zadała pytanie. Sobie.

– Co jest pokarmem miłości? Ty sama – stuknęła placem w swoje odbicie w lustrze. – Zaufanie do siebie. Już rozumiesz, głupia?

Odeszła i po chwili znowu spojrzała w odbicie. Powiedziała patrząc sobie w oczy – mocnym, pewnym głosem:

– I miłość do siebie. Pokarmem wszelkiej miłości jest miłość do siebie. Jak masz kochać innych jeśli nie dość kochasz siebie?

„81 Tajemnic”

Książka o przebudzeniu

„Przebudzenie” człowieka – jakkolwiek je rozumieć – staje się tematem powszechnego zainteresowania ludzi odczuwających niedosyt, czy pustkę. Ma to silny związek z kryzysem religii jako takiej, która poza rytuałami, nie potrafi dać człowiekowi niczego, co doprowadziłoby jego egzystencję do pełni szczęścia, akceptacji, miłości, a w konsekwencji do lekkości i nieomal pełnej zgody na wszelakie okoliczności zewnętrzne.

Książka zaprasza Cię do podróży Adama wgłab siebie. Będziesz jej świadkiem i obserwatorem, dzięki czemu możesz stworzyć własne interpretacje opowieści metaforycznych i przebudzić się na swój indywidualny sposób.

Dzięki książce możesz w końcu zrozumieć, że wszystko jest z Tobą w porządku – potrzebujesz po prostu wszelkich pytań, odpowiedzi (i rozwikłania tajemnic) poszukać w sobie, nie zaś na zewnątrz siebie. Opowieści zawarte w książce każdy może zinterpretować inaczej – nie ma tu dobrych czy złych odpowiedzi.

Najważniejsze jest jednak odkrywanie siebie – największej tajemnicy.  .

O autorach

Maciej Bennewicz

Mówi o sobie: artysta; pisarz, poeta, mentor; superwizor; założyciel Instytut Kognitywistyki; autor ponad trzydziestu książek, w tym wielu podręczników
i poradników z dziedziny psychologii
i rozwoju osobistego uznawanych za kultowe; przyjaciel zwierząt i opiekun ludzi… a czasem odwrotnie.

Posiada 20 letnie doświadczenie w branży szkoleń skierowanych do biznesu oraz 30 letnie doświadczenie w pracy z ludźmi
w różnych nurtach terapii i rozwoju osobistego.

Adam Sornek

Z zawodu jest prawnikiem – adwokatem. Praca nad „81 Tajemnic” była jedną z przyczyn dla których postanowił zrezygnować z pracy zawodowej na sali rozpraw. Przestał być człowiekiem konfliktów.
Dziś pomaga ludziom – dba o swój rozwój i rozwój innych. W pierwszym najbardziej pomaga mu sztuka (pisarstwo, muzyka),
w drugim wiedza i doświadczenie zdobyte w Instytucie Kognitywistyki Macieja Bennewicza.
Czynnie pracuje jako coach i mentor.

Inne wpisy

Zapoznaj się z pozostałymi wpisami na blogu

Zapraszamy do kontaktu...